Uciekam pociągniem
W wagonie postacie zakapturzone
pociąg tonie
w węglu
pociąg płonie
w węglu
Uciekam przed życiem pociągiem
Szyna jak żyletka ciągiem
Okno w pociągu tkwi
jak kropla krwi
Sonet I
Wraz z pierwszym śniegiem w moje serce
Wdarł się niszczycielski powiew wiatru
Wydarł ostatnią cząstkę człowieczeństwa
I zostawił puste wyprane zwłoki
Nienawiść i żal ogrzewają duszę
Bezsensowne czynności zabijają
Czas upływający, tak szybko przecież
Nie potrafię tego powstrzymać dłużej
Więc kiedy ten koniec nadejdzie, pytam
Głucha cisza odpowiada milczeniem
Rozgwieżdżone płomienie utopione
Kiedy spokój zabity codziennością
Zmartwychwstanie obudzony ciszą
Przyjdą anioły i ją pochowają
Szynka jest dobra
W czterech ścianach pobielanych.
Z lustrami, trzema oknami.
Przywiązani do krzeseł z psycholami.
Nie możemy uciec.
Jak kabanosy wołowe,
skrócą nas o głowę.
O błagamy was,
nie mordujcie nas.